Wujek Google zaczął gryźć, czyli zmiana wyszukiwarki dla opornych   Leave a comment

Stało się.

Google wprowadziły nową politykę prywatności. Dla tych, którzy nie przeczytają żadnego z powyższych linków, chodzi o to, że będą sprzedawać o tobie informacje tzw. osobom trzecim (np. spamerom). Bez twojej wiedzy i zgody. Jeśli teraz pozbyłeś się tego g..... z twojej przeglądarki, to właśnie stracili klienta. Użytkownicy innej popularnej przeglądarki* mają trochę trudniej:

  1. Upewnij się, że na pewno zainstalowałeś wyszukiwarkę, z której chcesz korzystać. Polecam Bing od małomiękkiego†
  2. Usuń gogle. Niech cię nie kuszą. :P
  3. Wejdź na stronę główną (about:home). Wybierz menu Narzędzia> Dla twórców witryn> Brudnopis.
  4. W okno, które się pojawi, wpisz coś takiego (to jest jedna linijka, zalecam skopiować i wkleić):
    javascript:{localStorage["search-engine"]="{\"name\":\"Bing\",\"searchUrl\":\"http://www.bing.com/search?q=_searchTerms_&form=OSDSRC\"}";void(0);}
    (przykład dla Binga, w przypadku uzycia innej wyszukiwarki wpisz jej nazwę (tak jak widać na pasku wyszukiwania) w miejsce oznaczone kursywą, a adres strony wyszukiwania w miejsce pogrubione)
  5. Kliknij menu Wykonaj> Uruchom w oknie brudnopisu
  6. Zamknij okno brudnopisu, nie będzie ci już potrzebne
  7. Teraz wejdź na stronę about:config. Zachowaj ostrożność.
  8. Znajdź na tej długiej liście opcję browser.search.defaultenginename. Kliknij ją 2x.
  9. Wpisz nazwę wyszukiwarki, dowładnie tak jak na pasku wyszukiwania (w tym przykładzie Bing)
  10. Zamknij i ponownie uruchom Firefoksa
  11. Czy to było takie trudne? Tak.

*Nie, nie tej o której myślisz. Nawet nie zaczynaj.
†Co ciekawe, w 2009 twórcy Firefoksa zastanawiali się nad zmienieniem domyślnej wyszukiwarki na Bing ze względu na ochronę prywatności.
PS. Jak bardzo jesteś uzależniony od wielkiego „G”?

Posted 2012-03-01 by kinokijuf in Tech, Zrób to sam

Tagi: , , ,

Postpostmodernizm? Raczej nie   Leave a comment

Zagadka: Co się stanie, jak wsadzimy do miksera Narnię, Władcę Pierścieni, Alicję w krainie czarów i Czarnoksiężnika z krainy Oz?

Z kiepskich książek na ogół powstają dobre filmy. “Ruchomy zamek Hauru” (książka autorstwa Diany Wynne-Jones, adaptacja filmowa w reżyserii Hayao Miyazakiego) jest tego ekstremalnym przykładem – i gdyby nie film, nikt by pewnie w Polsce o książce nie słyszał. Rzecz się otóż rozgrywa ”w krainie Ingarii, gdzie siedmiomilowe buty i płaszcze-niewidki istnieją naprawdę”. Sophie pracuje w sklepie z kapeluszami i ma 18 lat oraz dwie młodsze siostry (nie będziemy wdawać się w koligacje rodzinne), które używają zaklęcia, aby zamienić się ze sobą miejscami i odnaleźć upragnionego księcia. Zostaje następnie zamieniona w staruszkę przez Wiedźmę z Pustkowia, która okazuje się doktorem Frankensteinem i zamierza złożyć z kawałków idealnego człowieka, żeby go obsadzić w roli króla Ingarii. Brakuje jej do makabrycznej układanki tylko czarnoksiężnika Howla Hauru, którego Sophie ma nieszczęście spotkać na swojej drodze. Pochodzi on z dziwnego kraju zwanego Walią [!] i ma nastoletniego asystenta-satanistę oraz psa będącego w rzeczywistości odpadkiem z układanki wiedźmy, zamienionym dla niepoznaki w czworonoga. I wszystko jasne! Przecież nauczycielka języka angielskiego siostrzeńca czarnoksiężnika jest w rzeczywistości demonem, który wykradł serce wiedźmie! Każdy głupi by na to wpadł! Na końcu – a jakże by inaczej – wszyscy (oprócz wiedźmy, oczywiście) żyli długo i szczęśliwie.

Powyżej streściłem całą książkę. Pomijając fatalne tłumaczenie (łozizmy, literówki, niekonsekwencje, uważanie czytelników za idiotów, którzy nie skojarzą, że Howl to to samo (?) co “Hauru” itp.), niewiele tu fabuły – a to dlatego, że książka jest adaptacją wiersza, i to nieszczególnego (w polskiej wersji prezentuje się lepiej tylko dlatego, że przełożył go Stanisław Barańczak).

Książki dzielą się na robione pod publiczność, pod krytyków i pod autora. “Ruchomy zamek”, jak sama autorka przyznaje, został napisany na prośbę chłopca, którego nazwiska zapomniała. Prawdopodobnie dodała tytułowy zamek dopiero pod koniec pisania książki (zauważyliście, że w powyższym streszczeniu nie ma o nim wzmianki? A to dlatego, że nie tylko nie jest częścią fabuły, ale do tego jest atrapą). (Z drugiej strony widać wyraźnie, że tłumaczenie było robione pod dystrybutora filmu).

Na zakończenie mam radę dla wszystkich przyszłych pisarzy: jeśli chcecie zostać przedstawicielami postmodernizmu, to macie przykład, do jakiego kiczu on zmierza (i zmierzał od początku). A tak w ogóle, to postmodernizm jest już passé i radzę raczej być oryginalnym.